Jeżeli jesteś kobietą to ten artykuł jest w szczególności skierowany dla Ciebie, bo wiele badań pokazuje, że to właśnie my, kobiety gorzej radzimy sobie z porażkami. Dużo bardziej je przeżywamy, a nasz wewnętrzny sabotażysta dba o to, żebyśmy o nich nigdy nie zapominały. 

Jednak powiedzmy sobie szczerze, że tylko ten, kto nie podejmuje żadnych prób, nie odnosi porażek. Im odważniejsze działania, tym większa szansa na niepowodzenie. I wiesz co? Nie ma w tym nic złego. Problem polega na tym, że niektórzy z nas nie potrafią efektywnie sobie z nimi poradzić, co potem blokuje nas w osiąganiu tego, na czym nam  zależy.

 

On dba o to, żeby pamiętać

Porażka potrafi bardzo mocno podciąć skrzydła. Nasz wewnętrzny sabotażysta, jak tylko się ona wydarzy, uwielbia ją wykorzystywać, żeby chronić nas przed kolejną. Dlatego, jeśli chcemy żyć prawdziwie i odważnie, musimy się nauczyć, jak efektywnie sobie z nią radzić. 

Pod tym artykułem znajdziesz materiał dodatkowy do ściągnięcia. Umieściłam w nim kilka pytań, dzięki którym będziesz mógł sprawdzić, jak sobie radzisz z porażką. Dodatkowo, znajdziesz w nim podsumowanie metody, o której Ci dzisiaj opowiem i sposób na to, jak wdrożyć ją w praktykę. 

Jedną z metod radzenia sobie z porażką jest próba zapomnienia o niej. Można byłoby powiedzieć, że złota rada: Po prostu o tym zapomnij! to coś, co możesz od razu wrzucić do kosza. Gdyby to było takie proste to wiele osób zaszłoby o wiele dużo dalej w swoim życiu. To metoda, która nie jest najskuteczniejsza. 

Z perspektywy psychologicznej wygląda to tak, jakbyś udawał, że tego momentu w Twoim życiu nie było. Niestety, to tak nie działa. Twój wewnętrzny sabotażysta karmi się takimi momentami. Szczególnie, gdy chcesz się podjąć czegoś, co jest podobne do zadania, w którym odniosłeś porażkę. 

 

Największa porażka mojego życia

Metoda, którą chcę Ci zaproponować w zamian, jest bardzo prosta i praktyczna. Chciałabym Ci ją pokazać na moim przykładzie: 

Od zawsze miałam w sobie żyłkę przedsiębiorcy i wiedziałam, że chcę stworzyć własną firmę. Kilka lat temu przeczytałam książkę o tym, jak założyć firmę. Według jej założeń, że aby odkryć pomysł na swój biznes, warto rozejrzeć się za tym, czego brakuje w Twoim najbliższym otoczeniu. 

Zaczęłam się rozglądać i po jakimś czasie okazało się, że inicjatorem mojego pomysłu na biznes była pasja mojego partnera, czyli podróże motocyklowe. Było to coś, co w ogóle nie było związane z tym, czym się wtedy zajmowałam. W oparciu o ten pomysł stworzyłam projekt nowego produktu związanego z podróżami motocyklem, znalazłam kogoś, kto go stworzył i wyprodukowałam go w Chinach. Potem nawiązałam kontakt z dystrybutorami anglojęzycznymi, do których wysłałam pierwsze partie produktu. Byłam z siebie bardzo dumna. 

Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że zapomniałam o kilku fazach testowania produktu i… okazało się, że mimo promowania mojego produktu, nikt nie chciał go kupić. Nikt go po prostu nie potrzebował. Po roku mojej pracy okazał się kompletną klapą. Od strony finansowej pochłonął wartość mojego mieszkania we Wrocławiu – kilkaset tysięcy złotych. 

To była dla mnie ogromna porażka na kilku płaszczyznach: finansowej i relacyjnej (z moim partnerem). Jednak najgorszym następstwem tej porażki było podkopanie mojego zaufania do samej siebie. Zaufania, że poradzę sobie z prowadzeniem swojej firmy. Że mogę zawierzyć pomysłom, jakie będę miała na swoje życie.    

Dodam jeszcze do tego, że w międzyczasie pojawiła się też na świecie nasza pierwsza córka. Zatem, nie liczyło się już tylko realizowanie pomysłów, ale też zapewnienie bezpieczeństwa naszej rodzinie.

Generalnie, po tej porażce, miałam dwa wyjścia. Pierwszym z nich było zaakceptowanie faktu, że moje pomysły sprowadzają i mnie, i moją rodzinę na manowce. Powrót na etat, gdzie bardzo dobrze zarabiałam i odnosiłam świetne efekty. Odpuszczenie sobie.

Jednak, jak zrezygnować z czegoś, co do tej pory było moim motorem napędowym i największą wartością? Dla mnie jest nią możliwość realizacji moich pomysłów, tworzenia czegoś od podstaw i budowania sukcesu. Jak to zarzucić do końca życia? Jak sobie powiedzieć, że ta wartość już nigdy nie będzie realizowana?

Gdyby ta wartość znajdowała się w mojej hierarchii wartości wyżej niż potrzeba bezpieczeństwa to być może bym zrezygnowała Ale moje serce podpowiadało mi, że będę nieszczęśliwa, jeśli tak zrobię. 

Drugim wyjściem było pogodzenie się z porażką i podjęcie kolejnej walki o realizację moich marzeń. Po dwóch latach udało mi się odrobić stracone oszczędności i to dzięki pracy, która jest moją ogromną pasją. Nie mówię Ci o tym, żeby się chwalić, ale chcę Ci pokazać, jak udało mi się jednak zadbać o siebie i swoje życie. 

Gdybym wykorzystała wtedy metodę zapominania o porażce to stając raz jeszcze przed wyzwaniem stworzenia własnej firmy, najprawdopodobniej bym zrezygnowała. Szczególnie, że to był moment, gdy moja druga córka pojawiła się na świecie. To sprawiło, że moje poczucie odpowiedzialności było już na tyle duże, że nie mogłam ryzykować. Mój wewnętrzny sabotażysta byłby bardzo silny w tym, żeby pozwolić mi na podjęcie ryzyka porażki. Jednak zadziało się inaczej, bo skorzystałam z o wiele skuteczniejszego narzędzia.

 

Metoda na poradzenie sobie z porażką

Metoda, o której chcę Ci opowiedzieć, składa się z czterech prostych kroków. Uwierz mi, że jeśli zaczniesz ją stosować po odniesieniu porażki, dużo szybciej sobie z nią poradzisz i wrócisz do pełni sił. 

 

Krok 1: Spisz korzyści z porażki

Może Ci się to wydać absurdalne i trudne, ale zachęcam Cię do spróbowania. Jeżeli zmusisz się do zobaczenia korzyści, zupełnie inaczej spojrzysz na swoją porażkę. Postaw się trochę w roli adwokata diabła, który podważa znaczenie porażki samej w sobie. 

Podam Ci przykłady korzyści, jakie ja odniosłam z mojej porażki. Po pierwsze, pomogła mi w podjęciu decyzji o tym, żeby nie zajmować się więcej czymś, co nie jest moją pasją. Produkt, który stworzyłam, miał się nijak do tego, co mnie interesowało. 

Po drugie, poprzez to, że ten biznes nie wyszedł, mogłam skończyć z zajmowaniem się rzeczami organizacyjnymi. Jestem typem wizjonera – uwielbiam tworzyć pomysły i ogólne plany, ale nie przepadam za zajmowaniem się papierologią, tabelkami i innymi tego typu zadaniami. Korzyści znalazłam kilka więcej, ale myślę, że te dwie doskonale Ci pokażą, na czym polega ten krok. 

 

Krok 2: Lekcje płynące z porażki

Zastanów się, jakie wnioski możesz wyciągnąć z porażki, która Cię spotkała. Jakie lekcje Ci przyniosła i czego dzięki nim się nauczyłeś? 

Dla mnie najważniejszą lekcją było to, żeby nie zabierać się od razu za produkcję ogromnych ilości. Zamiast produkować tysiące produktów, lepiej wyprodukować na próbę 10 lub 20. Nawet, jeśli koszt produkcji będzie niewielki. Jeżeli to się sprzeda, dopiero wtedy warto pomyśleć o produkcji na większą skalę. Drugą lekcją było to, żeby nie pytać ludzi o kupno, ale umieścić ofertę i sprawdzić, czy ktokolwiek wyrazi chęć zakupu.

 

Krok 3: Spisz najważniejsze rady

Spisz najważniejsze rady, płynące z Twojej porażki i obiecaj swojemu wewnętrznemu sabotażyście ich zastosowanie, gdy następnym razem wpadnie Ci do głowy podobny pomysł.

W moim przypadku jedną z takich rad jest to, że każdy swój pomysł poddaję pod racjonalną weryfikację komuś, kto nie jest z nim emocjonalnie związany. Dlatego za każdym razem, gdy w mojej głowie pojawia się jakaś nowa idea, zwracam się do mojego męża o poradę. Mój mąż jest twardo stąpającym po ziemi realistą, więc potrafi spojrzeć na wiele rzeczy z innej niż ja perspektywy. 

Inną radą jest to, że każdą krytykę będę traktować jako okazję do udoskonalenia mojego pomysłu, a nie próbę podkopania go. Gdy tworzyłam kilka lat temu pierwszy produkt, kilka osób zapytało: A czy przetestowałaś ten produkt? Czy sprawdziłaś, czy ktoś będzie chciał go kupić? Wtedy traktowałam te pytania jako brak zapału i przekonania do tego, co robię. Dzisiaj patrzę na to inaczej. 

Trzecią radą, którą stosuję w moim życiu, jest stabilne stanie na dwóch nogach. Co to oznacza? Wiele z moich pomysłów, które wdrażałam w swoim życiu było dosyć odważnych. Nie wiadomo było jak szybko zaczną generować finanse. Dlatego obiecałam sobie, że nawet, jeśli decyduję się podjąć ryzyko, w mojej działalności zawsze będzie obecny obszar, który być może nie da mi aż tyle radości, ale będzie moim stabilnym źródłem finansowym. 

Dzięki temu w sytuacji, gdy mój wewnętrzny sabotażysta mówi: Znowu kolejny, nowy pomysł, który nie wiadomo, czy się sprawdzi i czy przyniesie jakikolwiek zwrot finansowy… – odpowiadam mu: Hola, hola. Tak, jak się umówiliśmy. Najpierw dbam o zaplecze finansowe, a dopiero potem podejmuję ryzyko. 

 

Krok 4: Wypij nawarzone piwo

Ten krok symbolizuje wzięcie odpowiedzialności za to, co się wydarzyło. U mnie oznaczało to tymczasowy powrót na etat, dzięki czemu odbudowałam stabilizację finansową. 

Zachęcam Cię do skorzystania z dodatkowego materiału, który znajdziesz pod tym artykułem. Spróbuj zastosować zawarte w nim ćwiczenie do jednej ze swoich porażek i na własną rękę sprawdź, jak zmieni się Twoja percepcja.