Dziś chciałam Ci napisać prawdę. O tym, jak jest naprawdę na tej drodze do rozwoju własnego potencjału, do podążania swoją drogą, do życia na 100%. W tej prawdzie opowiem Ci trochę mojej historii.

Na pewnym etapie mojego życia mieszkałam w Austrii, w pięknym i pełnym możliwości Wiedniu. Tutaj urodziłam moją drugą córeczkę – Laurę. Nie był to pierwszy kraj, w którym mieszkaliśmy jako rodzina poza Polską, ale tym razem byłam przekonana, że wyjeżdżamy do Austrii na zawsze. Że już tutaj zostajemy. Że tutaj sadzimy nasze korzenie (bo przecież w końcu gdzieś trzeba ;-))

Nasze życie w Austrii.

Ja i mąż mamy dobre prace (on architekt, ja zajmowuję się rozwojem talentów w organizacji), starsza córka Julia chodzi do przedszkola i szybko uczy niemieckiego. Dzięki austriackiemu prorodzinnemu podejściu pracuję tylko 6 godzin dziennie, aby mieć też czas dla rodziny. 13-ta pensja na wakacje, 14-ta pensja na święta Bożego Narodzenia. Wszystko mam, czego rodzina potrzebuje (szczególnie po mocnych zawirowaniach finansowych w mojej rodzinie jeszcze niedawno, w których to utraciliśmy ponad 200 000 zł, o czym kiedyś indziej). Teoretycznie powinnam czuć się spełniona.

A jednak…

Po około 1,5 roku pobytu w Austrii coraz częściej budzę się rano i czuję, że coś jest nie tak. Nie czuję się szczęśliwa. Jednak rozsądek mówi, aby nawet tych myśli nie dopuszczać do głowy:

„Dziewczyno czego ci jeszcze w życiu trzeba? Ciesz się tym co masz! Niejedna w twojej sytuacji by losowi dziękowała!”

Czyli wyrzuty sumienia za to, że czuję, że czegoś w tej całej układance brakuje. I trwa to dobrych kilka miesięcy. W głębi serca wiem, że coś jest nie tak. Ale głowa jest na tyle silna, że zagłusza to serce.

Czego mi naprawdę brakuje?

Nie po to zajmuję się tematem potencjału ludzi, aby nie odkryć tego w sobie, o co mi naprawdę chodzi? I krok po kroku odkrywam to.

Odkrywam kilka rzeczy.

Czuję, że chcę wrócić do Polski. Że chcę tam wrócić na stałe. Że moje korzenie są tutaj. Jakie to dziwne, bo od prawie 15 lat zawsze chciałam mieszkać poza Polską, inspirować się “zachodnimi” standardami, pracować w międzynarodowym środowisku, co też robiłam.

Odkrywam jak ważne jest dla mnie bycie w swoim miejscu. Takie proste rzeczy. Idę na przedstawienie w przedszkolu u mojej córki i nie jestem w stanie wczuć się w to, gdyż dotyczy to kompletnie innej kultury, tradycji.

Czuję jak ważną dla mnie wartością jest poczucie przynależności do społeczności. Czuję, że moją misję odkrywania talentów w ludziach chcę właśnie dawać ludziom z mojej społeczności, bo ich czuję sercem.

Czuję, jak ważne jest dla mnie budowanie siły mojego otoczenia, jakkolwiek banalnie to zabrzmi – ale siły nas, Polaków. Tyle złej opinii jest na nasz temat, a przecież tak wielu z nas jest tak niesamowitych. Uwielbiam pracę w środowisku międzynarodowym, inspirowanie się różnymi kulturami, ale najwięcej spełnienia i dumy czuję wspierając rozwój potencjału nas, Polaków.

Odkrywam jeszcze kilka innych rzeczy, ale pozostańmy na razie tylko na tym.

I czy po odkryciu tego podejmuję od razu działania?

Nie! Teraz dopiero zaczyna się jeszcze większy ból! Teraz już wiem co mnie w sercu boli, ale jak zrezygnować z takiego komfortu, poczucia bezpieczeństwa? Jak zmierzyć się z tym, że to tylko ja tego potrzebuję? Mąż jest tutaj szczęśliwy. Być może przyszłość moich dzieci jest tutaj stabilniejsza? Jak pogodzić “egoistyczne” dążenia mojego serca z potrzebami całej rodziny?

Prawie rok trwa ta walka wewnętrzna. I wiesz co jest w tym najgorsze? Przede wszystkim mam poczucie, że nie mogę spełniać mojej misji życiowej. Nie mogę inspirować innych do życia na 100% bo przecież sama tak nie żyję! Nie umiem udawać. Jeśli mi się nie udaje to jak mogę “uczyć” innych jak to robić?

Dnia pewnego jednak tą decyzję podejmuję.

Oczywiście wspólnie z mężem, bo pewne decyzję mają wpływ nie tylko na nas. Rezygnuję z komfortowej pracy. Rezygnuję z komfortowego Wiednia. Rezygnuję z poczucia bezpieczeństwa. Wybieram niewiadomą. Nie wiem jak będzie w Polsce. Jednak siła najważniejszych wartości wygrywa z poczuciem bezpieczeństwa.

Znajdujemy też scenariusz, który w pewnym stopniu pozwala nam realizować te wartości: ja jadę z dziewczynkami do Polski, mój mąż pracuje od poniedziałku do czwartku w Wiedniu a na weekendy jest z nami.

Dziś, po prawie 3 latach od tamtej decyzji powiem Ci, że nie mogłam podjąć lepszej decyzji! Mieszkam we Wrocławiu, w moim ukochanym mieszkanku, moje obie córeczki chodzą do przedszkola, w które to też jestem zaangażowana będąc w trójce rodzicielskiej. Robię to co kocham. Dużo podróżuję zawodowo, mam tą inspirację, której chciałam. Od trzech miesięcy także mój mąż już pracuje w Polsce.

Żyję na 100%!

Dlaczego Ci o tym wszystkim piszę?

Chciałam Ci powiedzieć prawdę, że bardzo często realizacja naszej drogi, życia po swojemu będzie nas wystawiać na próby, wymagać od nas wyborów. Smutek, frustracja, niezadowolenie są naturalnym elementem tego procesu.
Jeżeli chcesz żyć na 100% zaakceptuj, że czasem będziesz cierpieć.

Możesz też oczywiście nie cierpieć.

Możesz zamknąć swoje serce i słuchać tylko głowy. Żyć racjonalnie. Gwarantuję, że przynosi to mniej cierpienia. Znam wiele takich osób, które żyją bardzo racjonalnie i bezboleśnie.

Tylko czy to jest życie na 100%?