Odwaga – skąd ją czerpać, aby bać się mniej?

Odwaga – skąd ją czerpać, aby bać się mniej?

W tym odcinku podcastu z serii Żyj prawdziwie, żyj odważnie zajmiemy się tematem, który dotyczy każdego z nas. Będą to obawy – coś, co potrafi skutecznie trzymać nas w życiu za nogi. Obawy przed zrobieniem czegoś, przed wejściem w coś, wszystko to, co nie pozwala nam żyć prawdziwie i odważnie. 

Na początku chciałabym zwrócić Twoją uwagę na mój wcześniejszy podcast #28, w którym opowiadałam o ponoszeniu, a nawet planowaniu porażek, wychodzeniu ze strefy komfortu i dwóch mechanizmach, które powinieneś znać, jeśli ten temat Cię dotyczy – a przyznajmy się, kogo nie dotyczy?

 

Boisz się bać?

Brak odwagi i rozmaite obawy, determinują to, że nie robimy wielu rzeczy, które bardzo chcielibyśmy zrobić. Często, kiedy zapraszam tutaj gości i rozmawiam z nimi o ich osiągnięciach, zadaję pytanie – jakie mieli obawy. Tylko szaleńcy nie mają obaw, a za takich moich rozmówców nie uważam, dlatego odpowiedzi na te pytania zawsze są bardzo ciekawe. Każdy czegoś się boi. Ludzie, którzy są w tej chwili dla Ciebie inspiracją też się czegoś bali, ba, pewnie nadal się boją! Strach jest naturalny – to mechanizm fizjologiczny, który ma nas chronić. 

Nie jest odwagą nie bać się i coś robić, odwagą jest bać i się i mimo wszystko to robić. 

Dzisiaj opowiem Ci, jak okiełznać obawy według badań społecznych, które przeczytałam w pewnej ważnej dla mnie książce. Natomiast na sam koniec podam Ci pięć metod, które mi osobiście pomagają na co dzień radzić sobie z obawami. 

Na początek zachęcam Cię do pobrania ćwiczeń które znajdziesz pod tym podcastem, jak zawsze mam nadzieję, że będziesz nie tylko słuchać tego co mam Ci do przekazania, ale również zaczniesz wprowadzać uzyskane tu informacje w życie. 

Sama inspiracja nie wystarczy, musisz działać!

Pozwól, że przytoczę cytat z wypowiedzi Steve’a Jobsa, który bardzo mnie zainspirował: 

Świadomość tego, że pewnego dnia będę martwy, jest jednym z najważniejszych  narzędzi, jakie pomogły mi w podjęciu najważniejszych decyzji mojego życia. Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec mnie, duma, strach przed wstydem lub porażką – wszystkie te rzeczy są niczym wobec śmierci. 

Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz, jest najlepszym sposobem jaki znam, na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje Ci serce.

Jak to się dzieje, że ludzie, którzy doznali traumatycznych przeżyć, otarli się o śmierć lub ich bliscy odeszli, często dokonują drastycznych zmian w swoim życiu? Nie życzę Ci Tego absolutnie, ale warto się nad tym zastanowić. Świetnym przyczynkiem do takich rozważań, jest książka pewnej australijki Bronnie Ware, która pracowała w hospicjum i na podstawie rozmów z ludźmi, którzy wiedzieli, że ich życie dobiega końca, stworzyła książkę pt. “Czego najbardziej żałują umierający”. Zawarła w niej 5 rzeczy których nie zrobienia najbardziej żałowały osoby przed śmiercią. Jest to najlepszy moment, aby przyjrzeć się swoim własnym obawom. 

Polecam Ci zrobić spis tych 5 rzeczy i mieć je gdzieś przy sobie – możesz je powiesić na swojej tablicy nad biurkiem lub mieć w podręcznym kalendarzu. 

Omówimy sobie teraz każdą w tych pięciu rzeczy i skonfrontujemy je z Twoimi obawami. 

 

1. Żałuję, że nie miałem odwagi żyć życiem prawdziwym dla mnie, a nie życiem, którego oczekiwali ode mnie inni. 

Ile razy rozważałeś zrobienie czegoś pod kątem: co powiedzą na to inni? Czy pomyślą, że zwariowałem? Może planowałeś jakąś podróż, lub chciałeś zmienić pracę, ale bliscy lub współpracownicy uważali, że nic nie powinieneś zmieniać bo dobrze jest tak, jak jest? Pragnąłeś zmian, ale mimo to, nie dokonywałeś ich ze względu na zmianę postrzegania Ciebie przez otoczenie?

Właśnie nad tym pracujemy podczas kursu Odkryj co chcesz robić w życiu i zbuduj swój planw module szóstym uczę jak radzić sobie z osobami które nazywam sabotażystami, osobami które krytykują Twoje pomysły i marzenia, i tym samym skutecznie hamują Twój rozwój. Mimo tego, że mają dobre intencje. 

Absolutnie nie zachęcam Cię do tego, aby nagle porzucić krąg Twoich znajomych i zostać samym z własnym pomysłem na życie. Wręcz odwrotnie – zachęcam Cię abyś poszerzał krąg swoich znajomych, abyś poznawał ludzi, których życia są bardziej zbliżone do tego, jak Ty sam chciałbyś żyć. 

Sama to zrobiłam 20 lat temu, poznałam na pewnym szkoleniu ludzi ze środowiska międzynarodowego, z kompletnie różnymi światopoglądami i sposobami na życie. To był wielki krok w moim zawodowym życiu, od tamtej pory dowiedziałam się, że chcę pracować w takim środowisku, zamiast otaczać się wciąż takimi samymi ludźmi i nie poznawać nikogo nowego. 

Jeśli i Ty uważasz, że Twoje środowisko nie żyje w taki sposób, w jaki Ty byś chciał, zrób to samo. Pojedź na konferencję, poznaj nowych ludzi, porozmawiaj z nimi o najprostszych rzeczach, o tym jak żyją, jakie mają marzenia. 

Obecnie tworzę grupę 20 osób z którymi przez 3 miesiące będziemy zajmować się właśnie takim sposobem na rozwój. Będzie to program coachingowo – mentoringowy w którym będziemy uczyć się, jak otaczać się ludźmi, którzy oczekują od życia i od siebie tego samego co Ty. Ponieważ jedna rzecz to nauczyć się swoich potrzeb, poznać zmiany jakie chcemy wprowadzić w swoim życiu, a drugą rzeczą jest powrót do znanego nam środowiska i tam z tą zmianą się odnaleźć. 

 

2. Żałuję, że pracowałem tak ciężko. 

Czy czujesz, że chciałbyś coś zrobić, ale nie możesz bo… musisz pracować? Każdy z nas zna to uczucie! Wtedy powstaje pytanie, po co pracujesz? Wiadomo, że niektóre marzenia wymagają pieniędzy aby je zrealizować, ale nawet, jeśli już je zdobędziesz, musisz mieć czas na realizację swoich planów! 

Usłyszałam kiedyś ciekawą opowieść o rybaku, który łowił ryby na Hawajach. Podszedł do niego przebywający na dwutygodniowym urlopie mężczyzna namawiając go, aby zrobił z łowienia ryb biznes. Rybak zapytał – po co mam zatrudniać ludzi, zakładać firmę i robić interes na łowieniu ryb? Mężczyzna odpowiedział – jak to po co, po to aby mieć czas na takie wakacje jak ja, na dwutygodniowe wakacje na Hawajach i móc łowić ryby. 

Jest to przykład absurdu w który często dajemy się wciągnąć goniąc za pracą, zamiast za marzeniami. 

Sama ostatnio zorientowałam się, że nie byłam w mojej ulubionej restauracji już 5 lat, ponieważ tak dużo pracowałam. A przecież, pracuję między innymi po to, aby od czasu do czasu pozwolić sobie na spokojny wypad do restauracji!

Nie obawiaj się zatem, że jeśli zrobisz coś na co masz ochotę zawali się cała Twoja kariera – pamiętaj, że własnie po to budujesz tę karierę, zatrzymaj się czasem i popatrz na to, ile czasu zabiera Ci praca – czasu, którego nie da się cofnąć. 

 

3. Nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć.

Ta obawa dotyczy nie wyrażania naszych emocji i uczuć na co dzień, innymi słowy nie mówienia otwarcie o tym, co czujemy, bo np. może to zepsuć atmosferę w danej relacji. 

Na tym polega feedback, który często jest przedmiotem obaw ludzi z którymi pracuję. Mówią, że nie wiedzą jak powiedzieć swojemu współpracownikowi, że robi coś źle w obawie, że się obrazi, źle to zrozumie, lub poczuje się urażony. 

Natomiast, kiedy odwrócimy tę sytuację i zapytamy siebie – czy chcielibyśmy usłyszeć od kogoś z kim na przykład pracujemy, że robimy coś źle, i moglibyśmy coś poprawić, to okazuje się, że przyspieszyłoby to nasz rozwój i bylibyśmy wdzięczni tej właśnie osobie! Właśnie jej, a nie tej, która ciągle klepie nas po plecach. 

Szczere, otwarte mówienie o swoich uczuciach, również tych negatywnych procentuje na wielu poziomach. Osoby do których kierujesz swoje słowa czują, że ufasz im, że przyjmą z mądrością i wyrozumiałością Twoje przemyślenia. Docenią i przyjmą to znacznie lepiej, niż gdybyś kierował do nich złość i frustrację. Natomiast Ty poczujesz się również o wiele lepiej, kiedy wyrzucisz z siebie tłumione uczucia i emocje, pozbędziesz się poczucia winy, że robisz coś, na co nie masz ochoty lub z czym się nie zgadzasz. 

Dzięki szczerości w wyrażaniu uczuć i emocji pomagasz innym i sobie. Wszędzie, gdzie pojawisz się z taką umiejętnością, wniesiesz ze sobą ogromną wartość. 

Tutaj chcę przypomnieć Ci o ćwiczeniu które dla Ciebie przygotowałam, ponieważ dotyczy ono właśnie tematu wyrażania swoich uczuć, zajrzyj pod podcast aby dowiedzieć się więcej.

 

4. Żałuję, że nie pozostawałem w kontakcie ze swoimi przyjaciółmi. 

Przyjaciele dają nam siłę do tego, abyśmy mieli siłę do walki ze swoimi obawami. To oni są dla nas oparciem w cięższych chwilach. Więc jeśli masz obawy, zwróć się z tym do przyjaciela, a żeby mieć przyjaciół którym możesz powierzać swoje troski i obawy, musisz utrzymywać z nimi stały kontakt. 

Pamiętaj także, że relacja w przyjaźni nie może polegać tylko i wyłącznie na jednostronnym wyrażeniu przez Ciebie potrzeby wysłuchania, ale to Ty również musisz być oparciem dla swojego przyjaciela. Tylko taka przyjaźń da Ci siłę do dalszej drogi, na której co rusz pojawiać się będą obawy. 

 

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszym.

Tylko Ty wiesz, czym dla Ciebie jest szczęście i tylko Ty wiesz, czego musisz mieć więcej, a czego mniej, aby poczuć się lepiej. 

Wartości są tu kluczowym słowem. Czy wiesz, jakimi wartościami chcesz się kierować? Czy wiesz, na jakim poziomie realizujesz te wartości? Jaka jest ich hierarchia? Szczęście manifestuje się wtedy, kiedy nasze najważniejsze wartości i potrzeby są realizowane. Musisz je poznać, i nie bać się ich nazwać. 

Jeśli masz obawy, zastanów się, czy aby nie stoją one na drodze do realizowania tych wartości, na których Ci najbardziej zależy. Masz cel, który chcesz osiągnąć, dajmy  na to zorganizowanie konferencji. Boisz się, że jej zorganizowanie przerasta Twoje umiejętności, albo że nikt się nie zgłosi. Ta obawa trzyma Cię za nogi i sprawia, że możesz nie zrealizować swojego celu który jest w obrębie istotnych dla Ciebie wartości. I jesteś w kropce, nie rozwijasz się, stoisz w miejscu. 

Musisz uświadomić sobie te obawy i je pokonać, aby zrobić krok dalej, i pozwolić sobie na bycie szczęśliwszym.

 

5 metod, które pozwolą Ci okiełznać Twoje obawy:

  • Zrób spis 5 rzeczy, których ludzie najczęściej żałują przed śmiercią. Miej je zawsze pod ręką i nie czekaj, aż przyjdzie moment kryzysu, zacznij działać już teraz.
  • Obal mit, że nie będziesz się bać. 
  • Odwagę trzeba budować, każdego dnia. Codziennie wybierz jedną małą rzecz, której się boisz i zrób ją. 
  • Szukaj ludzi, którzy robią to, czego Ty się obawiasz.
  • Pomniejszaj przeszkodę która stoi Ci na drodze oraz buduj swoje poczucie wartości, aby ją pokonać. Pamiętaj, że za tą przeszkodą, za tym wielkim (póki co) murem, jest ogromna nagroda – zwizualizuj ją sobie ! 

 

Linki: Podcast #28 znajdziesz tutaj, gorąco zachęcam Cię do jego wysłuchania.

Chcesz zostać swoim coach'em?

Zapisz się na "Self Coaching Program"

Samodyscyplina i siła woli

Samodyscyplina i siła woli

Dzisiaj opowiem Ci o tym, w jaki sposób zwiększać swoją samodyscyplinę i budować ją, żeby była jak najmocniejsza. Wspomnę też o badaniach, w których bardzo dokładnie przeanalizowano, co na nią wpływa i jak ją z siebie wydobyć. 

 

Czym jest samodyscyplina?

Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest samodyscyplina. Jak mówi definicja:

Samodyscyplina to systematyczne działanie w określonym kierunku, niezależnie od warunków zewnętrznych i nastroju.

Czyli, jest to na przykład systematyczne odmawianie sobie słodkości, bez względu na to, czy masz na nie ochotę, czy nie, bo wiesz, że w jakimś kierunku Cię to prowadzi.

Uwielbiam rozbierać tę definicję na dwie części. Po pierwsze, słowo “dyscyplina” kojarzy się dosyć negatywnie, bo dyscyplina to zmuszanie kogoś, żeby robił rzeczy, na które niekoniecznie ma ochotę. 

A czym jest “samodyscyplina”? Tutaj też pojawia się aspekt zmuszania samego siebie do robienia czegoś, na co możesz nie mieć chęci, ale wiesz, że jeśli to zrobisz to Ci się to ogromnie opłaci. Do pewnego rodzaju zmuszania się dodałabym jeszcze aspekt regularności – bo to działanie, które jest systematyczne.

 

Samodyscyplina to nie jest prosta rzecz

Samodyscyplina wymaga dużo silnej woli, żeby zmusić się do systematycznego robienia rzeczy, które są Ci potrzebne. Jest jednak niezbędna do tego, żeby osiągnąć to, na czym Ci zależy.

Udowadnia to m.in. eksperyment Marshmallow, o którym być może słyszałeś. Wniosek z tego badania pokazuje, że samodyscyplina jest nam niezbędna, jeśli chcemy cokolwiek osiągnąć w życiu. Przeprowadzono je na Uniwersytecie Stanford, zapraszając do udziału dzieci. Położono przed nimi piankę Marshmallow z informacją o tym, że mają dwie opcje: albo zjedzą piankę od razu, albo dzięki swojej samodyscyplinie powstrzymają się przez ok. 15 minut i potem dostaną nagrodę w postaci dodatkowej pianki. 

Podczas eksperymentu obserwowano dwa aspekty. Po pierwsze to, jak dzieci radziły sobie z tym, żeby dotrzymać obietnicy i wytrzymać 15 minut oraz to, jaki wpływ ma ich samodyscyplina (lub jej brak) na ich późniejsze życie. Okazało się, że te dzieci, które oparły się pokusie zjedzenia Marshmallow, odnosiły większe sukcesy w życiu: w szkole, czy w pracy. Dzięki swojej samodyscyplinie osiągały w życiu dorosłym dużo lepsze rezultaty. 

 

Jak zwiększyć swoją samodyscyplinę?

Chciałabym Ci opowiedzieć o czterech aspektach związanych ze zwiększaniem samodyscypliny. Dodatkowo, przygotowałam dla Ciebie materiał do pobrania, w którym znajdziesz praktyczne ćwiczenie. Zachęcam Cię do skorzystania – znajdziesz go pod artykułem. 

Siła woli to coś, co pomaga nam utrzymać samodyscyplinę. To właśnie dzięki niej nie sięgniemy ciastko, jeśli pracujemy nad dietą lub wstaniemy o 6 rano, jeśli taki jest nasz cel. To siła napędowa naszej samodyscypliny. Pierwszy aspekt z nią związany to fakt, że jest zasobem, który jest ograniczony i musisz nim bardzo efektywnie zarządzać. 

 

1. Skup się na jednym celu

W 1988 roku Roy Baumeister przeprowadził eksperyment, który jako pierwszy przeprowadził eksperyment w ramach którego okazało się, że siła woli ma określone ograniczenia. Wspólnie ze swoim zespołem umieścił w pomieszczeniu grupę ludzi. Znajdowały się w nim dwie rzeczy, które można było zjeść – z jednej strony stał stół z pięknie upieczonymi ciasteczkami. Z drugiej – rzodkiewki, które co prawda są zdrowe, ale o wiele mniej kuszące.

Grupę podzielono na dwie podgrupy: jednej części pozwolono jeść ciasteczka do woli, a drugiej – zabroniono, ale mogli sięgać bez ograniczeń po rzodkiewki. Następnie, zaproszono ich do tego, żeby wykonały pewne trudne zadanie, które wymagało dużo koncentracji i determinacji. Okazywało się, że ludzie, którzy musieli powstrzymać się od jedzenia ciasteczek, poddawali się w tym zadaniu po około 8 minutach. Natomiast osoby z drugiej grupy poddawały się dopiero po 19 minutach. 

Na podstawie tego eksperymentu, Baumeister wysnuł bardzo ciekawy wniosek, który mówi o tym, że jeżeli podczas pierwszej części ćwiczenia musisz trenować silną wolę, bo masz ochotę na ciastko, wtedy najprawdopodobniej w drugiej części Twoja samodyscyplina będzie zdecydowanie mniejsza. 

Co to oznacza dla nas? Zdecydowanie warto skupić się nad tylko jednym obszarem, w ramach którego chcesz potrenować swoją samodyscyplinę. Skoncentruj się tylko na nim. Zobacz, jak często popełniamy błąd, który polega na tym, że chcemy tak wiele na raz – chcemy i zdrowo się odżywiać, i budować nawyki sportowe, i realizować swoje cele związane z dziećmi, i tak dalej… Dlatego, o wiele lepiej jest skupić się na jednym celu i pracować tylko nad nim. 

 

2. Samodyscyplina jest jak mięsień

Przez długi czas myślano, że samodyscyplina i siła woli to umiejętność. Że jeśli je w sobie zbudujesz – to już je masz. Natomiast, z czasem, badacze doszli do zupełnie innego wniosku. Znaleziono piękne porównanie, według którego samodyscyplina i siła woli są jak mięsień. 

Pomyśl sobie, jak się buduje mięśnie i w jaki sposób utrzymuje się je w formie. Musisz wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Przede wszystkim, zadbać o to, żeby nie przegrzać mięśni. Bardzo ważne jest też to, że jeżeli nie będziesz ćwiczyć systematycznie, to nie zbudujesz imponującej muskulatury. To kluczowa różnica pomiędzy traktowaniem samodyscypliny jako mięśnia a postrzeganiem go jako umiejętność. Mięsień zanika, kiedy nie jest używany. 

Trenowanie samodyscypliny warto więc zacząć od małych kroków, zamiast od podejmowania się od razu wielkich zobowiązań. Weźmy sobie jako przykład cel związany ze zbudowaniem sylwetki sportowca, który oznacza regularne ćwiczenia. Przeciążenie samodyscypliny mogłoby w tym przypadku polegać na tym, że od razu zakładasz sobie, że będziesz chodził na siłownię trzy razy w tygodniu. Najprawdopodobniej okaże się, że zapału do tak częstego jej odwiedzania wystarczy Ci na bardzo krótki okres. 

O wiele lepszą metodą, którą zalecają różne badania, jest budowanie samodyscypliny stopniowo. Najpierw załóż chodzenie na siłownię raz w tygodniu. Wybierz jeden dzień, który jest nienegocjowalny i zawsze w ten jeden dzień chodź na siłownię. Kiedy ten nawyk wejdzie Ci w krew i rzeczywiście masz dowody na to, że ani razu nie udało Ci się nie dotrzymać obietnicy, dodaj do tego drugi dzień. Dopiero po tym, jak będziesz chodzić regularnie na siłownię dwa dni w tygodniu, zdecyduj się dodać do harmonogramu treningów trzeci dzień. 

Drugim bardzo dobrym wnioskiem, który płynie z traktowania samodyscypliny jako mięśnia jest fakt, że nie ma kompletnie znaczenia na czym ją budujesz, bo gdy już ją wytrenujesz, to będzie Ci służyła w każdym obszarze życia. Dlatego, warto wybrać obszar, w którym wiesz, że jest Ci dużo prościej wzmocnić silną wolę. Jeżeli np. o wiele łatwiej jest dla Ciebie wstawać o szóstej rano, niż powstrzymywać się od jedzenia słodyczy, to zacznij właśnie od tego. A kiedy udowodnisz sobie, że jesteś w stanie to zrobić to zaręczam, że w krótkim czasie okaże się, że możesz to zastosować do innych dziedzin swojego życia.

 

3. Koncentruj się na procesie

To pewnego rodzaju paradoks. Z jednej strony, po to tworzysz wizję końca celu, żeby ten cel był dla Ciebie motywacją. Na przykład, budując obraz tego, jak będziesz wyglądać o 10 kilogramów lżejsza, zyskujesz duży czynnik motywacyjny. 

Natomiast w procesie budowania samodyscypliny dużo większe efekty przynosi koncentrowanie się na procesie dochodzenia niż na celu, który chcesz osiągnąć. Dlaczego? Bo cel końcowy, do którego dążysz jest często bardzo odległy i ciężko w jego kontekście zauważyć małe postępy, które Cię do tego przybliżają. Warto zatem skupić się na monitorowaniu postępów i dostrzeganiu progresu. To da Ci dużo większą siłę napędową, niż koncentrowanie się na wizji końca. 

 

4. Uważaj na swoje myśli

To aspekt, do którego przygotowałam dla Ciebie ćwiczenie – gorąco Cię do niego zachęcam. Jest on związany z czymś najgłębszym. Z tym, że to, co myślisz na swój temat i to, jakie masz przekonania o sobie wpływa na to, czy utrzymasz swoją samodyscyplinę, czy nie. Uwielbiam cytat, który doskonale to ilustruje: 

Uważaj na swoje myśli – stają się słowami.

Uważaj na swoje słowa – stają się czynami.

Uważaj na swoje czyny – stają się nawykami.

Uważaj na swoje nawyki – stają się charakterem.

Uważaj na swój charakter – staje się Twoim przeznaczeniem. 

Zaczynamy od tego, co myślisz na swój temat, bo właśnie to staje się Twoim przeznaczeniem. To, kim myślisz, że jesteś, będzie determinować działania, które będziesz podejmować. 

Wyobraź sobie dwie kobiety w roli mamy. Pierwsza z nich uważa siebie za mamę jako osobę, która otacza swoje dzieci opieką i nieustannie czuwa nad ich bezpieczeństwem. Druga postrzega siebie jako lwicę, która też opiekuje się swoimi dziećmi, ale uważa, że przez wystawianie ich na różnego rodzaju małe niebezpieczeństwa i ryzyko, wzmacnia ich wewnętrzną siłę. Zobacz, jak to, jak definiują siebie jako mamę, bezpośrednio będzie wpływać na to, jak wychowują swoje dzieci. 

To, co myślisz o sobie ma ogromny wpływ na to, jak będziesz funkcjonować. W kontekście samodyscypliny kluczowe jest to, żebyś zastanowił się, co musisz o sobie myśleć, żeby było Ci łatwiej robić rzeczy, do których teraz się zmuszasz. 

Czyli, wracając do przykładu sportu – jeżeli Twoim celem jest trening siłowy trzy razy w tygodniu, to zastanów się jakim typem człowieka trzeba być, żeby zrobienie trzech treningów tygodniowo przychodziło Ci z łatwością. Na pewno będzie to typ sportowca. 

Pomyśl zatem: “Bez siły fizycznej, nie jestem w stanie dobrze prowadzić swojego biznesu” lub “Dzięki temu, że jestem sportowcem, dużo rzeczy w moim życiu dobrze się układa”. 

Przekonania, które masz na swój temat, mogły powstać jeszcze jak byłeś mały. Jednak po drodze wydarzyło się bardzo dużo rzeczy w Twoim życiu, które mogły sprawić, że dzisiaj jesteś zupełnie innym człowiekiem. 

To tak, jak w tej opowieści ze słoniem, który występuje w cyrku. Dlaczego tak wielki słoń jest posłuszny? Przecież jego siła jest tak ogromna, że gdyby chciał to mógłby rozwalić cały namiot cyrkowy. Jednak słoń od małego pozostawał w niewoli i nawet mu nie wpadło do głowy to, że można inaczej, i że drzemie w nim tak wielka siła.  

Tak samo jest z nami. Na pewnym etapie naszego dzieciństwa zbudowało się pewne przekonanie na nasz temat, które wpływa po dziś dzień na to, jak siebie definiujemy. Jeżeli to nas ogranicza i nie wspiera w tym, do czego dążymy, to czas to zmienić!

W ćwiczeniu, które znajdziesz pod artykułem, prowadzę Cię krok po kroku przez proces rozumienia, jaką tożsamość musisz mieć, aby samodyscyplina wychodziła Ci dużo prościej. Dzięki temu staniesz się tym, kim musisz się stać, żeby osiągnąć to, na czym Ci zależy.

Chcesz zostać swoim coach'em?

Zapisz się na "Self Coaching Program"

Dlaczego uwielbiamy rozpamiętywać i jak pogodzić się z porażką?

Dlaczego uwielbiamy rozpamiętywać i jak pogodzić się z porażką?

Jeżeli jesteś kobietą to ten artykuł jest w szczególności skierowany dla Ciebie, bo wiele badań pokazuje, że to właśnie my, kobiety gorzej radzimy sobie z porażkami. Dużo bardziej je przeżywamy, a nasz wewnętrzny sabotażysta dba o to, żebyśmy o nich nigdy nie zapominały. 

Jednak powiedzmy sobie szczerze, że tylko ten, kto nie podejmuje żadnych prób, nie odnosi porażek. Im odważniejsze działania, tym większa szansa na niepowodzenie. I wiesz co? Nie ma w tym nic złego. Problem polega na tym, że niektórzy z nas nie potrafią efektywnie sobie z nimi poradzić, co potem blokuje nas w osiąganiu tego, na czym nam  zależy.

 

On dba o to, żeby pamiętać

Porażka potrafi bardzo mocno podciąć skrzydła. Nasz wewnętrzny sabotażysta, jak tylko się ona wydarzy, uwielbia ją wykorzystywać, żeby chronić nas przed kolejną. Dlatego, jeśli chcemy żyć prawdziwie i odważnie, musimy się nauczyć, jak efektywnie sobie z nią radzić. 

Pod tym artykułem znajdziesz materiał dodatkowy do ściągnięcia. Umieściłam w nim kilka pytań, dzięki którym będziesz mógł sprawdzić, jak sobie radzisz z porażką. Dodatkowo, znajdziesz w nim podsumowanie metody, o której Ci dzisiaj opowiem i sposób na to, jak wdrożyć ją w praktykę. 

Jedną z metod radzenia sobie z porażką jest próba zapomnienia o niej. Można byłoby powiedzieć, że złota rada: Po prostu o tym zapomnij! to coś, co możesz od razu wrzucić do kosza. Gdyby to było takie proste to wiele osób zaszłoby o wiele dużo dalej w swoim życiu. To metoda, która nie jest najskuteczniejsza. 

Z perspektywy psychologicznej wygląda to tak, jakbyś udawał, że tego momentu w Twoim życiu nie było. Niestety, to tak nie działa. Twój wewnętrzny sabotażysta karmi się takimi momentami. Szczególnie, gdy chcesz się podjąć czegoś, co jest podobne do zadania, w którym odniosłeś porażkę. 

 

Największa porażka mojego życia

Metoda, którą chcę Ci zaproponować w zamian, jest bardzo prosta i praktyczna. Chciałabym Ci ją pokazać na moim przykładzie: 

Od zawsze miałam w sobie żyłkę przedsiębiorcy i wiedziałam, że chcę stworzyć własną firmę. Kilka lat temu przeczytałam książkę o tym, jak założyć firmę. Według jej założeń, że aby odkryć pomysł na swój biznes, warto rozejrzeć się za tym, czego brakuje w Twoim najbliższym otoczeniu. 

Zaczęłam się rozglądać i po jakimś czasie okazało się, że inicjatorem mojego pomysłu na biznes była pasja mojego partnera, czyli podróże motocyklowe. Było to coś, co w ogóle nie było związane z tym, czym się wtedy zajmowałam. W oparciu o ten pomysł stworzyłam projekt nowego produktu związanego z podróżami motocyklem, znalazłam kogoś, kto go stworzył i wyprodukowałam go w Chinach. Potem nawiązałam kontakt z dystrybutorami anglojęzycznymi, do których wysłałam pierwsze partie produktu. Byłam z siebie bardzo dumna. 

Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że zapomniałam o kilku fazach testowania produktu i… okazało się, że mimo promowania mojego produktu, nikt nie chciał go kupić. Nikt go po prostu nie potrzebował. Po roku mojej pracy okazał się kompletną klapą. Od strony finansowej pochłonął wartość mojego mieszkania we Wrocławiu – kilkaset tysięcy złotych. 

To była dla mnie ogromna porażka na kilku płaszczyznach: finansowej i relacyjnej (z moim partnerem). Jednak najgorszym następstwem tej porażki było podkopanie mojego zaufania do samej siebie. Zaufania, że poradzę sobie z prowadzeniem swojej firmy. Że mogę zawierzyć pomysłom, jakie będę miała na swoje życie.    

Dodam jeszcze do tego, że w międzyczasie pojawiła się też na świecie nasza pierwsza córka. Zatem, nie liczyło się już tylko realizowanie pomysłów, ale też zapewnienie bezpieczeństwa naszej rodzinie.

Generalnie, po tej porażce, miałam dwa wyjścia. Pierwszym z nich było zaakceptowanie faktu, że moje pomysły sprowadzają i mnie, i moją rodzinę na manowce. Powrót na etat, gdzie bardzo dobrze zarabiałam i odnosiłam świetne efekty. Odpuszczenie sobie.

Jednak, jak zrezygnować z czegoś, co do tej pory było moim motorem napędowym i największą wartością? Dla mnie jest nią możliwość realizacji moich pomysłów, tworzenia czegoś od podstaw i budowania sukcesu. Jak to zarzucić do końca życia? Jak sobie powiedzieć, że ta wartość już nigdy nie będzie realizowana?

Gdyby ta wartość znajdowała się w mojej hierarchii wartości wyżej niż potrzeba bezpieczeństwa to być może bym zrezygnowała Ale moje serce podpowiadało mi, że będę nieszczęśliwa, jeśli tak zrobię. 

Drugim wyjściem było pogodzenie się z porażką i podjęcie kolejnej walki o realizację moich marzeń. Po dwóch latach udało mi się odrobić stracone oszczędności i to dzięki pracy, która jest moją ogromną pasją. Nie mówię Ci o tym, żeby się chwalić, ale chcę Ci pokazać, jak udało mi się jednak zadbać o siebie i swoje życie. 

Gdybym wykorzystała wtedy metodę zapominania o porażce to stając raz jeszcze przed wyzwaniem stworzenia własnej firmy, najprawdopodobniej bym zrezygnowała. Szczególnie, że to był moment, gdy moja druga córka pojawiła się na świecie. To sprawiło, że moje poczucie odpowiedzialności było już na tyle duże, że nie mogłam ryzykować. Mój wewnętrzny sabotażysta byłby bardzo silny w tym, żeby pozwolić mi na podjęcie ryzyka porażki. Jednak zadziało się inaczej, bo skorzystałam z o wiele skuteczniejszego narzędzia.

 

Metoda na poradzenie sobie z porażką

Metoda, o której chcę Ci opowiedzieć, składa się z czterech prostych kroków. Uwierz mi, że jeśli zaczniesz ją stosować po odniesieniu porażki, dużo szybciej sobie z nią poradzisz i wrócisz do pełni sił. 

 

Krok 1: Spisz korzyści z porażki

Może Ci się to wydać absurdalne i trudne, ale zachęcam Cię do spróbowania. Jeżeli zmusisz się do zobaczenia korzyści, zupełnie inaczej spojrzysz na swoją porażkę. Postaw się trochę w roli adwokata diabła, który podważa znaczenie porażki samej w sobie. 

Podam Ci przykłady korzyści, jakie ja odniosłam z mojej porażki. Po pierwsze, pomogła mi w podjęciu decyzji o tym, żeby nie zajmować się więcej czymś, co nie jest moją pasją. Produkt, który stworzyłam, miał się nijak do tego, co mnie interesowało. 

Po drugie, poprzez to, że ten biznes nie wyszedł, mogłam skończyć z zajmowaniem się rzeczami organizacyjnymi. Jestem typem wizjonera – uwielbiam tworzyć pomysły i ogólne plany, ale nie przepadam za zajmowaniem się papierologią, tabelkami i innymi tego typu zadaniami. Korzyści znalazłam kilka więcej, ale myślę, że te dwie doskonale Ci pokażą, na czym polega ten krok. 

 

Krok 2: Lekcje płynące z porażki

Zastanów się, jakie wnioski możesz wyciągnąć z porażki, która Cię spotkała. Jakie lekcje Ci przyniosła i czego dzięki nim się nauczyłeś? 

Dla mnie najważniejszą lekcją było to, żeby nie zabierać się od razu za produkcję ogromnych ilości. Zamiast produkować tysiące produktów, lepiej wyprodukować na próbę 10 lub 20. Nawet, jeśli koszt produkcji będzie niewielki. Jeżeli to się sprzeda, dopiero wtedy warto pomyśleć o produkcji na większą skalę. Drugą lekcją było to, żeby nie pytać ludzi o kupno, ale umieścić ofertę i sprawdzić, czy ktokolwiek wyrazi chęć zakupu.

 

Krok 3: Spisz najważniejsze rady

Spisz najważniejsze rady, płynące z Twojej porażki i obiecaj swojemu wewnętrznemu sabotażyście ich zastosowanie, gdy następnym razem wpadnie Ci do głowy podobny pomysł.

W moim przypadku jedną z takich rad jest to, że każdy swój pomysł poddaję pod racjonalną weryfikację komuś, kto nie jest z nim emocjonalnie związany. Dlatego za każdym razem, gdy w mojej głowie pojawia się jakaś nowa idea, zwracam się do mojego męża o poradę. Mój mąż jest twardo stąpającym po ziemi realistą, więc potrafi spojrzeć na wiele rzeczy z innej niż ja perspektywy. 

Inną radą jest to, że każdą krytykę będę traktować jako okazję do udoskonalenia mojego pomysłu, a nie próbę podkopania go. Gdy tworzyłam kilka lat temu pierwszy produkt, kilka osób zapytało: A czy przetestowałaś ten produkt? Czy sprawdziłaś, czy ktoś będzie chciał go kupić? Wtedy traktowałam te pytania jako brak zapału i przekonania do tego, co robię. Dzisiaj patrzę na to inaczej. 

Trzecią radą, którą stosuję w moim życiu, jest stabilne stanie na dwóch nogach. Co to oznacza? Wiele z moich pomysłów, które wdrażałam w swoim życiu było dosyć odważnych. Nie wiadomo było jak szybko zaczną generować finanse. Dlatego obiecałam sobie, że nawet, jeśli decyduję się podjąć ryzyko, w mojej działalności zawsze będzie obecny obszar, który być może nie da mi aż tyle radości, ale będzie moim stabilnym źródłem finansowym. 

Dzięki temu w sytuacji, gdy mój wewnętrzny sabotażysta mówi: Znowu kolejny, nowy pomysł, który nie wiadomo, czy się sprawdzi i czy przyniesie jakikolwiek zwrot finansowy… – odpowiadam mu: Hola, hola. Tak, jak się umówiliśmy. Najpierw dbam o zaplecze finansowe, a dopiero potem podejmuję ryzyko. 

 

Krok 4: Wypij nawarzone piwo

Ten krok symbolizuje wzięcie odpowiedzialności za to, co się wydarzyło. U mnie oznaczało to tymczasowy powrót na etat, dzięki czemu odbudowałam stabilizację finansową. 

Zachęcam Cię do skorzystania z dodatkowego materiału, który znajdziesz pod tym artykułem. Spróbuj zastosować zawarte w nim ćwiczenie do jednej ze swoich porażek i na własną rękę sprawdź, jak zmieni się Twoja percepcja.  

Chcesz zostać swoim coach'em?

Zapisz się na "Self Coaching Program"

Dlaczego uwielbiamy zwlekać? Lenistwo i prokrastynacja

Dlaczego uwielbiamy zwlekać? Lenistwo i prokrastynacja

Jak już wiesz, wewnętrzny sabotażysta, często w bardzo racjonalny sposób, podpowiada Ci w co masz wierzyć, a w co nie. Dlaczego “sabotażysta”? Bo zazwyczaj sabotuje nasze działania czyli przeszkadza nam w robieniu tego, co powinniśmy robić. A dlaczego “wewnętrzny”? Bo siedzi w nas samych. Nie wygonisz go ze swojej głowy, bo jest częścią Ciebie. Ale możesz go wytresować tak, aby Ci służył i pomagał, a nie dyktował warunki.

W dzisiejszym artykule opowiem Ci o tym, jak wewnętrzny sabotażysta powoduje, że stajesz się czasem leniwy i odkładasz wiele rzeczy “na kiedyś”. Z jednej strony, nie ma nic złego w leniuchowaniu, ale mówię o takich sytuacjach, gdy z tym lenistwem wcale nie jest Ci dobrze i przez nie odkładasz rzeczy, o których wiesz, że już dawno powinieneś zrobić. 

Skupię się na takich sytuacjach, w których masz poczucie, że Twoje życie wyglądałoby lepiej, gdybyś bardziej się przyłożył. Że udałoby Ci się dzięki temu zrealizować więcej marzeń i być w innym miejscu niż teraz. I że wszystko to mogłoby się wydarzyć, gdyby nie fakt, że Twój wewnętrzny sabotażysta ciągle podpowiada Ci, że warto odpocząć, odłożyć coś na później i na razie nie podejmować działania. 

Ale Ci się po prostu nie chce

Dobrze znam to uczucie. Pamiętam, gdy kiedyś powstał w mojej głowie pomysł na pewien biznes. Mój wewnętrzny sabotażysta wysyłał mi sygnały w postaci myśli takich, jak: A może to nie jest do końca to, co chcesz robić? Poświęć jeszcze trochę czasu, żeby się przygotować, zanim z tym ruszysz… To jeszcze nie jest dobry moment, żeby zacząć! Minął jeden miesiąc, drugi, trzeci… Dlatego zdecydowałam się na coaching, który pomógł mi spojrzeć na to inaczej.

Podczas sesji opowiadałam o pomyśle, jaki mam i wątpliwościach dotyczących tego, czy to na pewno jest to, co chcę robić… i w pewnym momencie moja coachka przerwała mi i  powiedziała wprost: Elu, muszę być z Tobą bardzo szczera, bo wiesz, że od tego zależy efektywność naszego procesu. Widzę, że Ty już masz odpowiedź. Doskonale już wiesz, czy chcesz to zrobić, czy nie. Tobie nie chce się po prostu wykonać pracy, która jest potrzebna, żeby to osiągnąć. 

Gdy to usłyszałam, całkiem mnie zatkało. Ja jestem leniwa? Ja nie chcę wykonać pracy, która jest mi potrzebna do osiągnięcia celu? Tyle rzeczy w życiu osiągnęłam i już nie raz zdarzało się tak, że zakasałam rękawy, a ona mi mówi, że mi się nie chce? Musiałam to przetrawić i zastanowić się, czy w ogóle do niej wrócę. Ale wiesz co?

Ona miała absolutną rację – taka terapia wstrząsowa czasami jest najlepszym wyjściem, bo dzięki temu zrozumiałam to, czego nie chciałam dostrzec od dłuższego czasu. To, co mnie zaskoczyło najbardziej to fakt, że mój wewnętrzny sabotażysta był na tyle cwany, że sprawił, że moje lenistwo przybrało formę wątpliwości. 

Gdyby powiedział mi dosadnie: Posłuchaj, chyba Ci się za bardzo nie chce pewnych rzeczy zrobić. – to na pewno bym go wtedy zbojkotowała i udowodniła, że nie ma racji. Natomiast wewnętrzny sabotażysta bardzo rzadko mówi wprost. Dlatego umiejętność odkrywania jego prawdziwego przesłania to ważna umiejętność.

Brak działania i ciągłe odkładanie rzeczy, które chcemy osiągnąć, jest jednym z głównych powodów, które sprawiają, że nie znajdujemy się w naszym życiu w miejscu, w którym chcielibyśmy być. 

Dlatego dzisiaj pokażę Ci dwie praktyczne metody, które pomogą Ci poradzić sobie z wewnętrznym sabotażystą właśnie w temacie lenistwa. Pod koniec artykułu znajdziesz ćwiczenie do pobrania, które pomoże Ci we wdrożeniu ich w życie.

Metoda 1: Zwiększ czujność

Zauważ, jak wewnętrzny sabotażysta Tobą manipuluje, aby namówić Cię do lenistwa. Chodzi przede wszystkim o to, żeby zwracać większą uwagę na to, jak on działa. Dlatego zacznij, przede wszystkim, od skoncentrowania się na chwilach, gdy do Ciebie mówi. Zarejestruj je z pełną uważnością. Dopiero wtedy, gdy je dostrzegasz, jesteś w stanie reagować na to, co mówi.

W przypadku leniuchowania zdarzają się sytuacje, gdy Twój wewnętrzny sabotażysta mówi coś bardzo prostym i oczywistym językiem, np. Odpocznij, zrobisz to jutro. Zadzwonisz do tego trudnego klienta kiedy indziej, to może poczekać. Masz na to czas. 

Problem jednak polega na tym, że często podszywa się pod kompletnie inne stwierdzenia, które wydają się być całkowicie nie związane z lenistwem. Dzieje się tak, kiedy na przykład przekonuje Cię do leniuchowania, korzystając z Twoich wartości i tego, co jest ważne dla Ciebie w Twoim życiu. 

Dla mnie jedną z takich wartości jest niezależność, rozumiana jako robienie rzeczy, na które ma się ochotę i wpływ na to, jak spędza się swój czas. Dlatego mój wewnętrzny sabotażysta, gdy widzi, że może skorzystać z tej wartości, robi to, mówiąc: Słuchaj, nikt Ci nie będzie mówił co masz robić. To Twoje życie. Jest zbyt krótkie, żeby zmuszać się do robienia czegoś, na co nie masz ochoty. Wybierz wolność w robieniu tego, czego chcesz. 

Mówiąc szczerze, bardzo trudno go nie posłuchać. Dzisiaj już mi się udaje go wytresować, ale kiedyś poniosłam wiele porażek na tym polu. Jedną z nich są studia podyplomowe z Public Relations, które robiłam z 20 lat temu. Przez cały rok brałam udział w zajęciach i przykładałam się do zadań domowych. Jednak na sam koniec, gdy stanęłam przed napisaniem pracy końcowej, poległam. Mój wewnętrzny sabotażysta powiedział wtedy: Niedawno skończyłaś studia. Odpuść sobie. Po co Ci znowu ciężka robota. Przecież ten dyplom do niczego się nie przyda.  

Oczywiście, gdybym była przekonana, że rzeczywiście ten dyplom do niczego mi się nie przyda to nie ma w tym nic złego, że mu uległam. Jednak dzisiaj, z perspektywy czasu, bardzo żałuję. Skoro zainwestowałam swój czas i pieniądze to powinnam zamknąć ten etap. To dla mnie przykład sytuacji, w której mój wewnętrzny sabotażysta odciągnął mnie od czegoś, co powinno być zrobione. 

Nie wiem, czy słyszałeś o fantastycznej książce Roberta Cialdiniego “Wywieranie wpływu na ludzi”. Pokazywał w niej różne taktyki manipulacyjne – dzięki temu, że je poznasz, jesteś w stanie się przed nimi obronić. 

I tak samo jest z naszym wewnętrznym sabotażystą. Jeśli zwiększysz swoją czujność i zaczniesz zauważać argumenty, którymi się posługuje (a szczególnie tymi, którym najmocniej przytakujesz), to jesteś w stanie go wytresować tak, aby pewnego dnia powiedzieć mu: Widzę, co próbujesz ze mną zrobić. Ale wiesz co? Jeśli się Ciebie posłucham to nie osiągnę tego, na czym mi zależy. 

Zachęcam Cię do tego, żebyś przez następne dwa dni poobserwował sytuacje, w których wiesz, że powinieneś coś zrobić, ale nie robisz tego. Zrób sobie dziennik analizowania tego, jakim argumentem Twój wewnętrzny sabotażysta Cię przekupił. Możesz skorzystać z tego, który przygotowałam pod tym artykułem.

Znajdź zewnętrzny punkt odniesienia

Przejdźmy do metody numer dwa. Jeżeli chcesz dokonać coś, na czym Ci zależy, a Twój wewnętrzny sabotażysta robi wszystko, żeby Ci w tym przeszkodzić, znajdź swój zewnętrzny punkt odniesienia. Zanim wytłumaczę Ci, jak to zrobić, opowiem Ci o pewnym ćwiczeniu szkoleniowym. 

Polega ono na tym, że w dwóch oddzielnych podgrupach, w osobnych pomieszczeniach, ludzie mają za zadanie przejść wspólnie przez sznurek najszybciej, jak potrafią.  Obie grupy mają to samo zadanie, ale jest jedna rzecz, która je różni. Pierwsza grupa otrzymuje sznurek i słyszy ode mnie: Waszym zadaniem jest przejść przez niego jak najszybciej. 

Drugiej grupie mówię dokładnie to samo, ale dookreślam czas, dając im na to np. 5 sekund. Obydwie grupy zanim przystąpią do wykonania zadania, mają około 10 minut na przygotowanie się i obranie strategii. Z drugą grupą zostaję, obserwując, jak podejdą do ćwiczenia. 

Gdy kończy się czas, spotykamy się wspólnie, dwoma grupami w jednym pomieszczeniu. Wtedy mówię: Proszę, teraz pierwsza grupa udowadnia mi, jaki jest najszybszy czas na wykonanie tego zadania. Potem, gdy po niej to ćwiczenie wykonuje grupa druga, w 90% przypadkach okazuje się, że dzięki temu, że miała bardzo wysoko postawioną poprzeczkę, jej czas wykonania zadania jest o wiele szybszy.

Podczas omawiania tego ćwiczenia zawsze zastanawiamy się, jak dwie grupy o tym samym potencjale, osiągają tak różne wyniki. Wtedy pytam obydwie grupy o to, ile czasu na przygotowanie do zadania rzeczywiście spożytkowali na wybranie jak najlepszej strategii. Okazuje się, że osoby z grupy pierwszej po 3-4 próbach wybrały sposób wykonania zadania i… osiadły na laurach. Natomiast druga grupa, która miała tak wysoko postawioną poprzeczkę, wykorzystała czas na przygotowanie do maximum. Nie poddała się po kilku próbach i do ostatniej sekundy próbowała wymyślić coraz lepsze sposoby na poradzenie sobie z zadaniem.

Po co się tak wysilać…

Jak to się ma to metody “Znajdź swój zewnętrzny punkt odniesienia”? To, co jest kluczowe w ćwiczeniu, o którym Ci opowiedziałam, to poczucie satysfakcji kontra poczucie porażki. Bardzo często grupa pierwsza mówi: Gdybyśmy wiedzieli, że oni są w stanie tak szybko to zrobić to byśmy się nie poddali tak łatwo… 

Co się zadziało, gdy nie mieli zewnętrznego punktu odniesienia? Ich wewnętrzny sabotażysta w pewnym momencie powiedział im: Daj spokój, już więcej nie próbuj. Jest naprawdę dobrze, nie ma po co się wysilać bardziej. Jeżeli nie masz zewnętrznego punktu odniesienia  – będzie Ci bardzo ciężko mu nie uwierzyć. 

Jak to rozpoznać, czy to już jest lenistwo, czy nie? W tym pomoże Ci właśnie metoda zewnętrznego punktu odniesienia. Przykładowo, jeżeli marzysz o tym, żeby wyglądać szczupło i masz pewien obraz figury, do którego chcesz dążyć, znajdź kogoś, kto tę figurę ma. 

Potem odkryj, jakie są standardy tej osoby – co robi, żeby dojść do miejsca w życiu, w którym aktualnie jest? Zobacz, co je i jak często ćwiczy. Dlatego, że następnym razem, gdy po tygodniu, w którym udało Ci się tylko raz wyjść i pobiegać, a Twój wewnętrzny sabotażysta powiedział Zobacz, jak dobrze Ci poszło! będziesz wiedzieć, że to ma się nijak do tego, co chcesz osiągnąć.

Podzielę się z Tobą moim przykładem. Moim punktem odniesienia, jeśli chodzi o biznes online jest Amy Porterfield. W ostatnich latach pomagałam w osiąganiu celów osobom, które pracują w organizacjach. I to właśnie te organizacje płaciły mi za to, żebym pomagała tym ludziom. To fantastyczna praca, ale w pewnym momencie swojego życia poczułam, że chciałabym dotrzeć do innej grupy osób i dbać o ich własne cele, a nie tylko o cele korporacji. 

W związku z tym, zdecydowałam się, że wejdę w rynek online, bo dzięki temu mogę dotrzeć do dużo szerszej społeczności, żeby pomagać ludziom żyć uważnie i prawdziwie. Pamiętam jak dziś, jak kilka miesięcy temu, mój wewnętrzny sabotażysta klepał mnie po plecach, mówiąc: Nagrałaś ostatnio dobry film i napisałaś trzy artykuły. Gratuluję! Tylko, że ciągle nie byłam w stanie dotrzeć do dużo szerszej społeczności.

Jakiś czas temu odsłuchałam jednego z podcastów Amy Porterfield, w którym powiedziała, że aby dotrzeć do dużej ilości osób, musisz być bardzo regularny w tym, co robisz. Postawiła wyzwanie, w którym przez trzy kolejne miesiące powinno się co tydzień tworzyć bardzo merytoryczną treść: film, podcast, artykuł. Coś, dzięki czemu ludzie mogą osiągnąć te rezultaty, na których Ci zależy. 

Mój wewnętrzny sabotażysta od razu stał na straży i sprawił, że pomyślałam: Zwariowała! Jeden podcast tygodniowo? To nierealne! Ona pewnie mówi do osób, które mają mało doświadczenia i nie mają aż takiej merytoryki. Dlatego każe im tworzyć tak często materiały.

Jednak Amy Porterfield nie tylko uczy, ale też stosuje to, o czym mówi. Dzięki temu zauważyłam, że to naprawdę przynosi efekty. Amy mając na świecie miliony odbiorców, nadal co tydzień wypuszcza nowy podcast. I wtedy pomyślałam sobie: Jeżeli sama Amy Porterfield, która ma tyle odbiorców, musi wykonywać tyle działań, to co dopiero ja, która ma się nijak do Amy Porterfield, patrząc na ilość odbiorców, do których ona dociera! 

Dlatego, gdy mój wewnętrzny sabotażysta mówi mi: Korzystaj z życia, zamiast siedzieć w studiu i nagrywać te podcasty! Już tyle udało Ci się osiągnąć. Odetchnij trochę! – odpowiadam mu: Wiesz co, moim zewnętrznym punktem odniesienia jest Amy Porterfield. Skoro ona może i mówi, że to jest potrzebne, żeby takie efekty osiągać to muszę nagrywać co najmniej cztery podcasty w miesiącu.

Mam nadzieję, że tę metodę zastosujesz do swojego życia. Pomyśl o jakiejś rzeczy, na której Ci bardzo zależy. O czymś, co chciałbyś osiągnąć w trakcie następnego miesiąca w obszarze, w którym masz poczucie, że można byłoby zrobić coś więcej. 

Kiedy już wybierzesz sobie cel, znajdź kogoś, kto mógłby być dla Ciebie przykładem, że można go osiągnąć. Zrób wszystko, aby poznać co ta osoba robi lub robiła, aby dojść tam, gdzie doszła. A potem, gdy usłyszysz swojego wewnętrznego sabotażystę mówiącego Ci, że już wystarczy, powiedz mu: Nie mydl mi oczu, wiem swoje.

Mam nadzieję, że dzięki tym dwóm metodom, o których Ci dzisiaj opowiedziałam, uda Ci się wytresować wewnętrznego sabotażystę. Tak, jak wspominałam na początku artykułu, nie będziesz w stanie go całkiem wyrzucić ze swojej głowy. Jest częścią Ciebie i nieraz pełni bardzo ważną rolę w Twoim życiu. Jednak to, co jest najważniejsze, to doprowadzenie do sytuacji, aby wspierał Cię w osiąganiu rzeczy, na których Ci zależy zamiast stawać Ci na drodze.

Chcesz zostać swoim coach'em?

Zapisz się na "Self Coaching Program"

Pewność siebie. Jak zwiększyć ją mądrze?

Pewność siebie. Jak zwiększyć ją mądrze?

Przed nami podcast, który kosztował mnie bardzo dużo pracy. Przy jego tworzeniu doświadczałam dokładnie tego, o czym będziemy dzisiaj mówić. Dlaczego był to dla mnie trudny podcast? 

Bo o pewności siebie napisano już całe tony książek.Bardzo często pojawia się w nich, na przykład przepis na “5 tricków jak zwiększyć swoją pewność siebie”, gdzie jednym z nich jest chociażby zagadanie do nieznajomej osoby. I oczywiście, nie ma nic złego w takich prostych rozwiązaniach, ale mam poczucie, że w tym temacie to nie wszystko. 

Bardzo mocno zastanawiałam się, co chciałabym Ci opowiedzieć o budowaniu pewności siebie. Doszłam do wniosku, że chcę pokazać Ci, że to, jak definiujesz swoją pewność siebie, ma wpływ na to, czy rzeczywiście ją w sobie masz. Dlatego chcę zachęcić Cię do przyjrzenia się temu, co w ogóle myślisz o pewności siebie.

Pozwól, że przejdziemy do szczegółów i zaczniemy od pytań:

  • Ile pomysłów nie zrealizowałeś, bo wydawało Ci się, że za mało wiesz? Że musisz przeczytać jeszcze jedną książkę, skończyć kolejne studia i przejść następne szkolenie?
  • Ile razy nie poszedłeś na rozmowę z szefem, chociaż czułeś, że masz już dość? Że wcale nie robisz tego, co lubisz?
  • Ile razy chciałeś zrobić coś szalonego i być naprawdę sobą, ale Twój głos rozsądku Cię powstrzymał, szeptając Ci do ucha, że przecież możesz zostać wyśmiany?

 

Kto tak o Ciebie “dba”?

Zastanówmy się najpierw, kto nam pomaga w taki, a nie inny sposób o sobie myśleć. Kto dba o to, żebyśmy byli do wszystkiego super przygotowani? Kto nas chroni przed tym, żeby inni nas nie wyśmiali? Kto podburza nasze poczucie pewności siebie nawet, jeśli osiągniemy coś ważnego? To nasz największy przyjaciel – wewnętrzny sabotażysta. 

Można założyć, że po prostu o nas dba. Jednak problem polega na tym, że gdy pomyślisz sobie o sytuacjach, w których osiągnąłeś naprawdę wiele, to te momenty tak naprawdę wydarzyły się w Twoim życiu, dlatego, że wygrałeś. Zdecydowałeś się zrobić tak, jak myślisz, a nie postępować w zgodzie z tym, co mówił Ci Twój wewnętrzny sabotażysta. To właśnie Ty w tych najlepszych momentach Twojego życia zdecydowałeś co ostatecznie chcesz zrobić i nie pozwoliłeś mu podjąć tej decyzji za Ciebie.

Czasami za bardzo łączymy te dwie rzeczy – nas i wewnętrznego sabotażystę. Dlatego tym bardziej zachęcam Cię do tego, żeby je od siebie rozdzielić i popatrzeć na niego z boku. Na to, jak Twój sabotażysta podrzuca Ci różne sposoby myślenia, w które wcale nie musisz wierzyć.

 

Po co nam poczucie pewności siebie? 

Wszystkie badania pokazują, że to, w jakim stopniu wierzysz w siebie, jest dużo ważniejsze od tego, co tak naprawdę potrafisz. Wiem, że to może być smutna prawda, bo istnieje sporo przypadków, w których ktoś czegoś kompletnie nie umie, ale przez to, że ma w sobie sporo tupetu, odnosi sukces. Jednak to nie o to chodzi. 

Pamiętaj, że głoszę teorię, która mówi o życiu prawdziwie i odważnie. Nie mówię o budowaniu pewności siebie, która jest sztucznie napompowana, ale o takiej, która naprawdę wynika z Twojego wnętrza.

Myślę, że trzeba przyznać rację badaniom naukowym – pewność siebie jest dużo ważniejsza niż rzeczywiste kompetencje, które posiadasz. Gdyby postawić obok siebie dwie tak samo kompetentne osoby, to ta, która będzie miała więcej pewności siebie – wygra. 

Dlatego chciałabym nauczyć Cię, jak wytresować Twojego wewnętrznego sabotażystę, żeby nie stawał Ci na przeszkodzie w osiąganiu Twoich celów. Coś, co świetnie sprawdza się w tym celu to metoda racjonalnej dyskusji. 

Gdy przysłuchasz się argumentom Twojego sabotażysty to, szczerze mówiąc, czasami bardzo trudno się z nim nie zgodzić. Jednak problem polega na tym, że kompletnie Ci to nie pomaga. A my chcemy zbudować sposób, który będzie Ci pomagał. Dlatego w metodzie racjonalnej dyskusji będziemy obalać 3 ważne argumenty, którymi posługuje się Twój wewnętrzny sabotażysta, aby podkopać Twoją pewność siebie. Dzięki temu, następnym razem, gdy się odezwie, będziesz już mieć gotowy swój kontrargument i dzięki temu będzie siedział cicho. Albo przynajmniej nie będzie Ci więcej przeszkadzał.

 

Mit 1: pewność siebie to cecha charakteru

Przyjrzyjmy się temu, w co uwierzyłeś do tej pory. Argumentem nr 1, który Twój wewnętrzny sabotażysta uwielbia brzmi: Pewność siebie to cecha charakteru i wynika z Twojej osobowości. To coś, z czym się rodzisz – albo to masz, albo nie masz.

Zastanów się… kogo uważa się zazwyczaj za osoby pewne siebie? Często zakłada się, że są nimi ekstrawertycy, którzy są wygadani, odważni. Nie boją się przedstawić swojego zdania i zawsze podnoszą rękę na spotkaniach. Natomiast introwertykom, czyli osobom cichym, nie pchającym się do przodu, przypisuje się brak pewności siebie, co jest absolutną nieprawdą!

Owszem, mamy podział na ekstrawertyków i introwertyków. Istnieje teoria na ten temat stworzona przez Carola Junga, jednak gdy ona powstała chodziło w niej przede wszystkim o to, jak poszczególne osoby ładują swoje baterie. Jaki świat daje im energię, a jaki odbiera. 

Ekstrawertyk uwielbia świat zewnętrzny, więc dużo mówi i działa. Jest go bardzo dużo w różnych sytuacjach i buduje obraz osoby pewnej siebie. Natomiast introwertyk uwielbia swój świat wewnętrzny, dlatego mniej mówi, bardzo dużo przetwarza i myśli, a potem po prostu działa. 

Jednak to, czy jesteś ekstrawertykiem, czy introwertykiem, kompletnie nie ma związku z tym, czy jesteś pewny siebie. Nie mylmy pewności siebie z przebojowością. Bo owszem, ekstrawertycy mają więcej przebojowości, jednak jeśli pomyślimy o pewności siebie rozumianej jako osiąganie tego, na czym Ci zależy, to i ekstrawertyk, i introwertyk, mogą jej mieć tyle samo. To, jaki masz typ osobowości nie ma kompletnie wpływu na to, ile masz w sobie pewności siebie.

Dlatego następnym razem, gdy Twój wewnętrzny sabotażysta powie Ci, że po prostu nie urodziłeś się pewnym siebie i że nie leży to w Twoim charakterze, odpowiedz mu: 

Nie zależy Ci na tym, żeby być gwiazdą. Na tym, żeby być w centrum uwagi i brylować w towarzystwie. Sposób, w jaki osiągam to, na czym mi zależy jest cichszy i spokojniejszy, ale nadal skuteczny. Dlatego, nie powtarzaj mi, że to, że jestem introwertykiem oznacza, że nie jestem pewny siebie.

 

Mit 2: pewność siebie to coś stałego

Przejdźmy do argumentu numer dwa. To sytuacja, w której Twój wewnętrzny sabotażysta przekonuje Cię do tego, że pewność siebie to rzecz stała. Jak raz już ją nabędziesz to jest  i nigdy nie znika. To absolutna bzdura, co zaraz Ci udowodnię.

Czy jesteś w stanie przypomnieć sobie te momenty w swoim życiu, w których byłeś bardzo pewien siebie i osiągałeś to, na czym Ci zależy, mimo że sam w to nie wierzyłeś? Albo mimo, że inni w Ciebie nie wierzyli? 

Zauważ, że często jest tak, że jeśli czegoś bardzo, bardzo chcemy to to osiągniemy. Jak mówią po angielsku: If there is a wish, there is a way czyli jeśli czegoś bardzo chcemy, to znajdziemy na to sposób. Mamy wtedy takie pokłady pewności siebie, że jesteśmy nie do zatrzymania. Nawet, jeśli Twój wewnętrzny sabotażysta zbudował w Tobie przekonanie, że nie jesteś pewien siebie, to i tak jestem przekonana, że jesteś w stanie znaleźć choć kilka takich momentów w swoim życiu.

Popatrzmy też na to przekonanie od drugiej strony. Wyobraź sobie osoby, które są bardzo pewne siebie. Czy myślisz, że nie zdarzają im się w życiu sytuacje, w których nie czują się pewne siebie? No, właśnie! 

Nawet badania potwierdzają to, że pewność siebie jest uzależniona od sytuacji. W związku z tym, zamiast mówić, że ktoś jest pewny siebie, adekwatniejsze będzie zadanie pytania: “W jakich sytuacjach jest pewny siebie?” To, w co musisz uwierzyć, to to, że pewność siebie jest sytuacyjna. Są sytuacje, w których i Ty potrafisz być pewny siebie, tak jak są też takie, w których nie jesteś. Jeśli zidentyfikujesz momenty, w których czujesz, że brakuje Ci tej pewności możesz przyjrzeć się temu, jaki jest ich wspólny mianownik. To da Ci wskazówkę odnośnie tego, w jaki sposób możesz nad tym pracować, aby czuć się wtedy lepiej. 

Dlatego następnym razem, gdy Twój wewnętrzny sabotażysta będzie mówił “Nie dasz rady”, przypomnij mu te wszystkie najlepsze momenty ze swojego życia, w których dałeś radę i pokazałeś jaka drzemie w Tobie moc. 

Skorzystaj ze swoich wewnętrznych zasobów! Skoro zdarzyły się w Twoim życiu sytuacje, w których Ci się udało, to znaczy, że możesz je zastosować w odniesieniu do czegokolwiek chcesz. Jeśli chcesz pogłębić te wewnętrzne zasoby, to przygotowałam dla Ciebie ćwiczenie, które Ci w tym pomoże (do pobrania pod artykułem). 

 

Mit 3: nie potrzebujesz dyskomfortu

Trzeci, ulubiony argument Twojego wewnętrznego sabotażysty brzmi: Kochany, dbam o Ciebie i nie chcę, żebyś robił rzeczy, w których czujesz się źle i niekomfortowo! 

Mówiąc szczerze, on naprawdę chce jak najlepiej. Wyobraź sobie, że przez ostatnie 10 lat pracowałeś na etacie i zarabiałeś całkiem niezłe pieniądze, ale gdzieś tam zaświtał Ci pomysł, żeby to wszystko rzucić i założyć własną firmę. 

Twój sabotażysta od razu się odzywa i mówi: Czyś Ty zwariowała? Bezpieczna posadka na etacie, pensja co miesiąc, a Ty chcesz to zamienić na własną firmę? A jakie Ty masz doświadczenie w prowadzeniu firmy? Ty się kompletnie na tym nie znasz!

No, i jak mu nie przyznać racji? Oczywiście, że ta nowa sytuacja niesie ze sobą dyskomfort i niepewność odnośnie tego, co dalej. Jako ludzie jesteśmy skonstruowani tak, aby unikać sytuacji, które niosą ze sobą zagrożenie. Twój wewnętrzny sabotażysta naprawdę dba o to, żebyś nie doświadczył nieprzyjemnego stresu. 

No dobrze, na poziomie racjonalnym już wiesz, że bez sensu jest go słuchać. Bo jak jesteś w stanie cokolwiek osiągnąć, skoro nieustannie funkcjonujesz w komfortowym środowisku?

 

Jak z nim wygrać?

Zachęcam Cię do tego, żeby jak najszybciej uciąć dialog Twojego wewnętrznego sabotażysty. Nie wchodź z nim w dyskusję. Im głośniej zgłasza swoje zastrzeżenia, tym mocniej go zagłuszaj. Czym? Jedyną metodą jest podejmowanie działania. 

Przeprowadzano ogromną ilość badań na temat tego, w jaki sposób wzmacniać ludzi w budowaniu pewności siebie i wszystkie z nich potwierdzają, że jednym z zabójców pewności siebie jest wdawanie się w rozmowę z wewnętrznym sabotażystą. Objawia się to najczęściej w postaci zbyt długiego myślenia i analizowania zamiast działania. Jeśli można by podać najprostszy sposób budowania pewności siebie to nie ma nic lepszego niż samo działanie. Tylko jak tu działać, kiedy pojawia się ta niepewność?

Popatrz, jedyne do czego dotychczas przekonał Cię do tej pory Twój wewnętrzny sabotażysta to to, że najlepszym sposobem budowania pewności siebie jest nie obawianie się tego, co masz zrobić. A nie obawiasz się wtedy, kiedy czujesz się w czymś kompetentny. 

Jak widzisz, tresowanie wewnętrznego sabotażysty jest kluczem do budowy pewności siebie. To właśnie on, ten mały stworek, zazwyczaj staje Ci na drodze, gdy chcesz coś osiągnąć. 

Może Ci się wydawać, że brakuje Ci pewności siebie, ale to właśnie on karmi Cię poglądami, w które dość łatwo uwierzyć i które kompletnie Ci nie pomagają. Tak, jak mówią “Jesteś tym, co jesz”, tak samo mówię: “Jesteś tym, co myślisz”. A to, co myślisz często jest podsuwane przez Twojego wewnętrznego sabotażystę. 

Pozwól zatem, że przedstawię Ci teorię confidence competence look czyli pętli kompetencji i pewności siebie. Zakłada ona jedną pułapkę – aby stać się kimś kompetentnym i wejść na wyższy poziom, najpierw trzeba nauczyć się zaczynać coś od zera i przejść przez pierwszą fazę, związaną z podjęciem pierwszego kroku. 

 

Wszystko zaczyna się od pierwszego kroku

W teorii pętli kompetencji i pewności siebie pierwszym krokiem do zmiany jest podjęcie się czegoś nowego. Ze wszystkimi związanymi z tym konsekwencjami. To nic innego, jak sytuacja, w której masz 50% szans na to, że Ci się powiedzie i 50% na to, że Twoje działanie zakończy się porażką. Jednak tak naprawdę liczy się tylko to, że robisz to po to, aby za chwilę stać się osobą kompetentną. Bez względu na wynik. Każde z tych doświadczeń będzie cenne na Twojej drodze rozwoju kompetencji. 

Na przykład, załóżmy, że bardzo boisz się prowadzenia prezentacji, bo po prostu tego nie potrafisz. Jednak wiesz, że w momencie, gdy staniesz się kompetentny to będziesz też pewny siebie. Wiesz też, że zgodnie z pętlą kompetencji i pewności siebie musisz wykonać pierwszy krok, który wymaga od Ciebie podjęcia próby. W związku z tym, decydujesz się na wystąpienie przed kilkunastoma ludźmi. 

I wszystko idzie Ci dobrze… dopóki na koniec nie zaczynają padać pytania. Pytania, na które kompletnie nie znasz odpowiedzi. Pogrążają Twoją prezentację, bo podkreślają, że nie znasz się na danym temacie. Prezentacja kończy się klapą.

Wtedy Twój sabotażysta od razu jest przy Twoim boku i krzyczy: A nie mówiłem? Trzeba było mnie słuchać! Po co Ci to było? 

Natomiast Ty, mając świadomość, że pewność siebie wynika z tego, że podejmuje się pewne ryzykowne działania, mówisz: Hola, hola! To nie do końca tak jest. Tak naprawdę się czegoś nauczyłem. Gdy będę robić kolejną prezentację, przygotuję sobie odpowiedzi na 20 najtrudniejszych pytań, które mogą paść na sali. 

Oczywiście, może pojawić się wtedy pytanie, którego nie przewidziałeś, ale gwarantuję Ci, że większość z nich będą stanowiły właśnie te pytania, które opracowałeś. Dzięki temu będziesz czuć się w tej sytuacji o wiele pewniej. 

Jak widzisz, pętla zakłada, że podejmujesz ryzyko. Nawet, jeśli pojawia się się strach to kompletnie go ucinasz. Im bardziej go odczuwasz, tym więcej działasz. Nawet, jeśli doświadczysz porażki – to nie szkodzi. Bo właśnie nauczyłeś się czegoś nowego i jesteś o krok bliżej do stania się osobą kompetentną. A co za tym idzie, pewną siebie. 

I wtedy odwracasz się do swojego wewnętrznego sabotażysty i mówisz:

A widzisz? Dlatego z Tobą nie dyskutowałem. Bo wiedziałem, że jak przestanę się Ciebie słuchać to zbuduję swoją pewność siebie. Dziękuję, że chciałeś zadbać o mój komfort, ale bez poczucia dyskomfortu, nie ma tak naprawdę rozwoju. 

 

Metoda 5 sekund

Chciałabym Ci też podpowiedzieć jedną z metod na ucinanie rozmowy z wewnętrznym sabotażystą. Stworzyła ją Mel Robins, amerykańskiej mówczyni motywacyjnej. To sposób, który pozwoli Ci na zburzenie przestrzeni, która powstaje na kanwie głosu wewnętrznego sabotażysty. Nazywa się “Metoda 5 sekund”. Kiedy pojawią się pierwsze wątpliwości, zacznij odliczać wstecz, co mentalnie pomaga Ci zatrzymać bieg myśli w Twojej głowie.

5…

4…

3…

2…

1…

I działasz. 

Na przykład, myślisz sobie “Fajnie byłoby po tej prezentacji podejść do tego faceta i porozmawiać”. Po chwili czujesz, że Twój wewnętrzny sabotażysta od razu się uaktywnił i zaczyna Ci podpowiadać: Daj spokój, nie idź do niego. On jest zajęty. Odliczasz 5,4,3,2,1 i idziesz! Ważne jest to, że jeżeli przesuniesz ten moment i będziesz czekać – Twój sabotażysta wygra. 


Chcesz zostać swoim coach'em?

Zapisz się na "Self Coaching Program"